moja-wiercipieta blog

Twój nowy blog

…znaczy się trochę o dzieciach w liczbie jeden i trochę w innym tematacie

Ni(t)ka, jak już wspominałam, ma w zwyczaju rozbierać się jak tylko położę ją spać. Najlepiej do rosołu. I tak najpierw pod pajaca zaczęłam jej zakładać body, bo jak zdejmowała pajaca, to i na drodze do pampersa nie stała żadna przeszkoda. Efekt – w najlepszym razie – wychłodzone dziecko, w nieco gorszej wersji – zasikana ona i ewentualnie łózeczko, w najgorszym wypadku – numer 2 rozsmarowany na niej, ubranku i łóżeczku :-?
Zatem zaczęłam zakładać pod pajaca body. Jednak nie zajęło mojej zdolnej córci wiele czasu rozpracowanie bodziaków i teraz również i one nie powstrzymują przed zdjęciem pampka. Przyszła więc pora na zastąpienie pajaca półśpiochami jako, że córa nie potrafi jeszcze zdejmować sama spodni. Wróć, nie potrafiła. Wystarczyło kilka wieczornych treningów i tak oto dwa wieczory temu wchodzę do wołającej mnie córki, a ona w samym body, rozpiętym w kroku, bez półśpiochów, bez pieluchy stoi dumna w łóżeczku. Ubrałam, położyłam, poszliśmy spać. Wpół do pierwszej w nocy zawezwana przez płaczącą Ni(t)kę wchodzę do niej, a tam śpiwór na podłodze, śpiochy na podłodze, pampek na podłodze, zadek Ni(t)ki lodowaty i mokry, podobnie jak poduszka i prześcieradło :/// Nie byłam zadowolona, o nie…
Tak więc teraz, do czasu jak zmajstruję córce kaftan bezpieczeństwa, czytaj: śpiwór, z którego nie wyzwoli
się własnymi siłami, śpi w bodziaku, na który zakładam jej majtki, żeby nie mogła zdjąć pampersa (choć i tak czasem jej się udaje), półśpiochach, na które zakładam skarpetki, żeby było cieplej jak zdecyduje, że wystarczy jej wywalenie śpiworka, ale resztę ubrań zostawi na sobie, i w śpiworze.
No jak to dziecko ma być zdrowe???
A` propos chorowania – po zakończonym w środę antybiotyku Ni(t)ka wraca do żłobka. Z lękiem stwierdzam, że na pełen etat, bo ja właśnie znów poszłam do pracy. Dwa miesiące przerwy, nowe-stare miasto, nowy-stary dom i nowa-stara praca. Słowem – w pełnym wymiarze wróciłam na stare śmieci. Martwię się jak da sobie radę bez adaptacji, ale cóż… życie.
Ech… humor mi się psuje jak myślę o przyszłym tygodniu, więc kończę tę notkę optymistycznym akcentem: przyszły tydzień ma tylko 4 dni robocze!!!!!!!!!!!!!!!!!

…znaczy się trochę o dzieciach w liczbie jeden i trochę w innym tematacie

Ni(t)ka, jak już wspominałam, ma w zwyczaju rozbierać się jak tylko położę ją spać. Najlepiej do rosołu. I tak najpierw pod pajaca zaczęłam jej zakładać body, bo jak zdejmowała pajaca, to i na drodze do pampersa nie stała żadna przeszkoda. Efekt – w najlepszym razie – wychłodzone dziecko, w nieco gorszej wersji – zasikana ona i ewentualnie łózeczko, w najgorszym wypadku – numer 2 rozsmarowany na niej, ubranku i łóżeczku :-?
Zatem zaczęłam zakładać pod pajaca body. Jednak nie zajęło mojej zdolnej córci wiele czasu rozpracowanie bodziaków i teraz również i one nie powstrzymują przed zdjęciem pampka. Przyszła więc pora na zastąpienie pajaca półśpiochami jako, że córa nie potrafi jeszcze zdejmować sama spodni. Wróć, nie potrafiła. Wystarczyło kilka wieczornych treningów i tak oto dwa wieczory temu wchodzę do wołającej mnie córki, a ona w samym body, rozpiętym w kroku, bez półśpiochów, bez pieluchy stoi dumna w łóżeczku. Ubrałam, położyłam, poszliśmy spać. Wpół do pierwszej w nocy zawezwana przez płaczącą Ni(t)kę wchodzę do niej, a tam śpiwór na podłodze, śpiochy na podłodze, pampek na podłodze, zadek Ni(t)ki lodowaty i mokry, podobnie jak poduszka i prześcieradło :/// Nie byłam zadowolona, o nie…
Tak więc teraz, do czasu jak zmajstruję córce kaftan bezpieczeństwa, czytaj: śpiwór, z którego nie wyzwoli
się własnymi siłami, śpi w bodziaku, na który zakładam jej majtki, żeby nie mogła zdjąć pampersa (choć i tak czasem jej się udaje), półśpiochach, na które zakładam skarpetki, żeby było cieplej jak zdecyduje, że wystarczy jej wywalenie śpiworka, ale resztę ubrań zostawi na sobie, i w śpiworze.
No jak to dziecko ma być zdrowe???
A` propos chorowania – po zakończonym w środę antybiotyku Ni(t)ka wraca do żłobka. Z lękiem stwierdzam, że na pełen etat, bo ja właśnie znów poszłam do pracy. Dwa miesiące przerwy, nowe-stare miasto, nowy-stary dom i nowa-stara praca. Słowem – w pełnym wymiarze wróciłam na stare śmieci. Martwię się jak da sobie radę bez adaptacji, ale cóż… życie.
Ech… humor mi się psuje jak myślę o przyszłym tygodniu, więc kończę tę notkę optymistycznym akcentem: przyszły tydzień ma tylko 4 dni robocze!!!!!!!!!!!!!!!!!

bez cytatu 2

Brak komentarzy

Skrót ostatnich wydarzeń:
- zeszła środa, noc, ja błeeee, dziecko błeeee – cóż to był za widok… i zapach :/ gdy rano weszłam do jej pokoju, a tam ona i wszystko dookoła zabarwione na pomarańczowo – na szczęście okazało się, że to tylko niestrawiona brzoskwinia w przypadku córki i lekkie strucie w moim,
- niestety gil u Ni(t)ki coraz większy, a w sobotę dołączył kaszel – z jutrzejszych szczepień zapewne nici, ale chociaż lekarz ją zbada, a uszczuplenie mojego portfela o prawie 400 zł odsunie się w czasie,
- kolejny ząb za nami, więc marudzenie odrobinkę mniejsze – zostały już tylko trójki i piątki,
- w zeszłą niedzielę moja córa uczestniczyła, choć na razie tylko biernie, w pierwszych w życiu wyborach – wrzucała glosy do urny,
- wczoraj udany wyskok do PORTu i nalot na H&M – czapki, rękawiczki i czadowe spodnie a`la bryczesy (dla Małej rzecz jasna) – przy tej okazji pochwalę siebie, że powstrzymałam się od kupna świetnych kozaczków dla Ni(t)ki w ZARZE za 150 zł, bo pochodziłaby w nich góra miesiąc – w końcu zima tuż tuż i lepiej zainwestować w ocieplane,
- a w najbliższy weekend planowana socjalizacja Ni(t)ki, czytaj czwarte urodziny córki mojej przyjaciółki, ale w związku z gilem do pasa i kaszlem nie wiem co z tego będzie…pewnie nici :/
I tyle na dziś.

nie o dzieciach 1

Brak komentarzy

Rozbawiło
mnie ostatnio jak pewna żona tłumaczyla mężowi jakie są rodzaje
makaronu: penne, farfalle, fusilli… Jakby to była wiedza do życia
niezbędna, jakby nie można po prostu było powiedzieć: rurki, wstażki,
czy świdry. Nie zrozumcie mnie źle – ja lubię błysnąć w kuchni, ale nie
staram się zawstydzić innych swoją błyskotliwością :p 
Panuje u nas obecnie moda na stosowanie zagranicznego nazewnictwa; to
takie wykwintne. Jednak jak ktoś jest niezorientowany, to może niech
lepiej nie próbuje błyszczeć zamawiając w kawiarni „ekspresso”, czy
kupując „balsamico” z akcentem na trzecią sylabę.

 Andrzej Majewski

Nie do końca się zgadzam z powyższym, bo miłość do dziecka jest/powinna być bezwarunkowa, ale rozumiem zamysł autora. Czasami dziecko zachowuje się w taki sposób, że naprawdę ciężko zachować dystans i okazać mu miłość i szacunek, na jakie przecież zaslugują. Ponieważ mojej córci znów idą zęby, jest NIE DO ZNIESIENIA i ostro wystawia mnie na próbę. Jak Boga kocham, czasem mam ochotę pirzgnąć wszystko, wyjść, przepuścić oszczędność w jakimś ciepłym i ZACISZNYM miejscu, na jakiejś urokliwej wysepce, i wrócić dopiero wtedy, gdy w mojej pamięci zbledną wszystkie czarne myśli. Do tej pory na blogu zamieszczałam głównie notataki o urokach rodzicielstwa, o tym, jak slodkie są dzieciaczki…bla bla bla. To wszystko prawda, ale nie zawsze jest różowo. Bywają dni, kiedy moja uwaga skupia się nieustannie na tym, żeby nie krzyczeć na własne dziecko, które:
- łamie z uśmiechem w oczach i na ustach każdy zakaz,
- ignoruje każą prośbę,
- odmawia współpracy absolutnie we wszystkim: od jedzenia, przez przewijanie, ubieranie, po wyjście na spacer,
- robi co może po złości – tak, tak… półtoraroczne dziecko zdecydowanie jest już do tego zdolne,
a wielu z tych zachowań towarzyszy wrzask wniebogłosy, w najlepszym razie zwyczajny płacz lub jęczenie.
Bywa naprawdę ciężko i ze wstydem przyznaję, że czasem przegrywam z tym człowieczkiem, który waży niespełna 10 kg i mierzy jakieś 86 cm :/

Don Herold

To doprawdy niezwykłe, że taki roczny, czy półtoraroczny czlowieczek ma
tak silną osobowość. Wie doskonale co lubi, a czego nie i potrafi to w
dosadny sposób wyrazić, co ciekawsze rzadko używając do tego słów, bo
jeszcze ich nie zna. Wie czego chce i domaga się tego wszelkimi
dotępnymi sobie sposobami. Wie czego nie chce i przed tym wzbrania się
również wszelkimi dostępnymi sobie sposobami, również, a czasami głównie
siłowymi. A gdy zaczyna powoli ubierać „siebie” w słowa, cóż…
obserwacja tego niezwyłego rozwoju jest życiowym doświadczeniem. Córka
niejednokrotnie wyprowadzała mnie z równowagi, ale nawet wtedy jej „nie”
wypowiadane takim słodziutkim, lekko przeciągniętym głosikiem, mnie
rozbraja. Gdy z dumą prezentuje nabywane każdego dnia drogą wielu prób i
błędów umiejętności, moje srece chce eksplodować z nadmiaru czułości i
miłości do tej małej istotki.
Ni(t)ka ma również swoje ulubione obyczaje i rytuały, których
szczęśliwie jestem częścią. Zawsze przed drzemką ściąga skarpetki, które
ja jej zakładam, gdy zaśnie i przykrywam ją kocykiem. Wieczorem gdy
zapowiem kąpiel pędzi do łazienki obserwować jak napuszczam wody, a
potem wrzuca do wanny zabawki i biegnie do siebie się rozbierać (z moją
pomocą – ona zdejmuje sama póki co tylko skarpetki), po czym leci na
golaska do łazienki, zachaczając czasem o pokój dziadków (z którymi
tymczasowo mieszkamy), by im powiedzieć „pa pa”. Po kąpieli, szorowanie
ząbków, ubieranie, baja, gaszenie światła i obowiązkowo pożegnanie z
motylkami, które miszkają na oknie (naklejki) poprzez zasłonienie rolet.

Po jedzeniu ona sama chce wynieść naczynia do zlewu. Na hasło spacer
przynosi buciki, a po spacerze w pierwszej kolejności próbuje je zdjąć
(czasem ze skutkiem pozytywnym) i odnosi na miejsce.
Te drobiazgi czynią z niej niepowtarzalną, indywidualną istotę. Wyjątkową.

bez cytatu 1

Brak komentarzy

No to ja jestem najbogatszym człowiekiem świata, a raczej jednym z wielu, tak myślę. Wierzę, że zdecydowana większość rodziców oddałaby absolutnie wszystkie pieniądze za swoje dziecko, a dziecka rzecz jasna za żadne skarby wszechświata.
Mając na względzie, że dziecko, to nie coś, ale to już takie małe „ale” :P

Jan Paweł II

Jestem chora - nosa już nie czuję od nieustannego smarkania, w gardle drapie coraz bardziej, w głowie huczy, słaniam się na nogach. Przez większość dnia jestem sama z dzieckiem więc nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek, do tego Ni(t)ce idzie kolejny ząb i jest bardzo przewrażliwiona. Słowem: koszmar. A jednak wiem, że to wszystko za kilka, najdalej kilkanaście dni minie. Moje myśli przesnuwa natomiast czarna chmura lęku o córkę, o to, że ją zarażę. Skoro dorosły człowiek tak się męczy w chorobie, a jest w stanie z grubsza pojąć z czego wynika jego cierpienie, to jak czuje się maleńkie dziecko, którego rozum nie zna jeszcze pojecia choroby, choć ciało jej doświadcza?
Od poniedziałku córka ma iść do nowego żłobka, do którego ciężko było ją wcisnąć tuż przed początkiem roku szkolnego, a na którym bardzo mi zależy, No a jak ją zarażę, to baj baj żłobek w poniedziałek :/
Nienawidzę chorować, a jeszcze bardziej gdy choruje moje Szczęście.

Nie wiem kto to powiedział pierwszy, ale jest taki demotywator:

Ja dzisiaj wlaśnie w tym temacie, niezbyt smacznym trzeba zaznaczyć. Otóż niemalże każdego ranka wita mnie właśnie podobny obraz mojego dziecka, poprzedzony ogromnym smrodem wydobywającym się z pokoju pociechy po otwarciu drzwi. Tyle, że u mojej córci kupsko nie wypływa ze spodni, a przebija się przez pajaca, w którym śpi, a nieraz i śpiworek. W najbardziej ekstremalnej sytuacji ślady po „erupcji” widoczne są również na prześcieradle, poduszce, a raz również na smoczku :/// Nie ma to jak piękny początek dnia. Wiecie jak wygląda woda w wannie, do któej czasem wrzucam córkę celem odklejenia się od jej ciałka zbyt zaschłych fragmentów??? Kto nie wie, ten wiedzieć nie chce, ale mając malucha zapewne się dowie.
Ale żeby nie poprzestać na brudzie i smrodzie, dzieci to również kupa szczęścia w przenośni mówiąc. Dla mnie absolutnie najwspanialsze jest, gdy moja córca wtula się we mnie swoimi niespełna dziesięcioma kilogramami, mocno obejmując mnie małymi rączkami i zwinnymi nóżkami. To są bezcenne chwile. Jest jeszcze wiele innych, ale nie wszystko na raz.

Jean-Paul Sartre

Słowa cytatu na dziś – święta racja. Mam tylko jedno „ale”. Otóż moje dziecko nie „chodzi”, ale „biega”. I to jak szalone. Grill u Najlepszej w towarzystwie jej męża, 4-letniej córki i psa przybłędy. Pies mały, ale gryzoń nie z tej ziemi, do tego w ogóle jeszcze nieokiełznany. Miejsce akcji: nierówny teren, głównie trawiasty (na szczęście), różne niezidentyfikowane akcesoria gospodarstwa wiejskiego, a tojakieś kable, wąż ogrodowy, a to pieniek po ściętym drzewie, huśtawka (taka 3-osobowa) i mała plastikowa zjeżdżalnia dla dzieci, resztki piachu w piaskownicy i różne upiaszczone zabawki. No i moje dziecko pędzące niemalże non stop na złamanie karku od zjeżdżalni do huśtawki. Na huśtawkę, z huśtawki, pęd przez podwórko do zjeżdżalni, wspinaczka na zjeżdżalnię, zjazd i sru na huśtawkę, z huśtawki, pęd przez podwórko do zjeżdżalni, wspinacza na zjeżdżalnię, zjazd i tak w koło Macieju. A za dzieckiem mama, czyli ja – czuwać nad wspinaczką na huśtawkę (która dla mojego dziecka mogła być właśnie rozbujana – dla niej to nie stanowiło przeszkody, żeby z pełnym impetem zderzać się z nią próbując się wspiąć), czuwać nad wspinaczką na zjeżdżalnię i z powrotem do huśtawki, i do zjeżdżalni, i do huśtawki, i do zjeżdżalni… No i dla ukoronowania dobrej zabawy pies – gryzoń. Zęby niczym igiełki, chwytające dziecko gdzie popadnie, moje kostki, tudzież łydki, no i oczywiście każdą napotkaną na drodze swej szczęki sztukę garderoby. W pewnym momencie usłyszałam niepokojący dźwięk rozdzieranego materiału, ale na szczęście bluza mojej córki wytrzymała i skończyło się tylko kilkoma przeciągniętymi nitkami. A wszystko to okraszone pysznym grilowanym kurczakiem, czerwonym winem (wiem, wiem – generalizuje się, że do drobiu podaje się białe wino, ale to wcale nieprawda) i lekką konwersacją. Żyć, nie umierać. Pozostaje jedynie lekki niedosyt, jako że to pewnie ostatni mój grill w tym roku, a był on dopiero drugim. Zatem sami rozumiecie…


  • RSS